Najlepsze przed tobą.

Zawsze musi być kropka. Po każdym tytule. Jakby ta przestrzeń po przypuszczalnie zakończonym zdaniu koniecznie musiała zostać domknięta. Niekontrolowany przez chwilę podmuch milczenia mógłby porwać w górę te kolejne niedopisane myśli.

Nic z tego.

Gdyby ktoś zastanawiał się co ze mną- jestem tutaj. Gdzieś między osiemsetpierwszym badaniem, a rozgrzanym popołudniowym lasem jaki prawie codziennie przemierzam na rowerze. Gdzieś między łagodnością, z jaką traktuję ludzi a moim słynnym już na pół Polski brakiem cierpliwości. Między zgodą, graniczącą czasami z zachwytem nad tym życiem jakie mam, z tymi jego jego urokami kawy wypitej rano pod otwartym oknem, książkami i teatrem; a poczuciem totalnego osamotnienia w tym samym pokoju, tylko na środku podłogi, wśród rozrzuconych butów i problemów.

Między rozkosznym byciem sobie wieczną nastolatką w ogrodniczkach, których nowszą (aczkolwiek nie większą. No może trochę w jednym miejscu) wersję sprawiłam sobie niedawno; a poważnymi, „dorosłymi” decyzjami o kredycie.

Między zgryźliwością osoby wypalonej zawodowo, a przywiązaniem do miejsca pracy i ludzi. Między (jakże trudny to balans!) nadmiernymi pokładami autoironii, a próbą bycia dla siebie wyrozumiałym rodzicem. I dobrym.

Między zmęczeniem kontaktami z ludźmi a tęsknotą, kiedy długo jestem sama.*

No gdzieś tutaj… taka z rudą (obecnie) grzywą i tłumem krzyczących spostrzeżeń pod nią, które, jeśli ich nie wypuszczę, zaczną mi za chwilę wyciekać uszami.

W każdym razie, nie umarłam.

*Ja to napisałam? Na trzeźwo?

Reklamy

Lustro w przedpokoju.

           

zdjęcie

 

           Wiecie co się dzieje z człowiekiem, kiedy ten się naje kanapek z pasztetem i pomidorem? Człowiekiem, który unikał dotąd spożywania pieczywa? Człowiek się osadza. Osiada na mieliźnie własnego obżarstwa porządnie ukarany uciążliwymi sankcjami. Za nieumiarkowanie w korzystaniu z dobrodziejstw razowej paszy, rzeź niewiniątek* siłą wtłoczonych do puszki z napisem PODLASKI i bezpardonowe wgryzanie się w malinową krwistość owocu potocznie określanego warzywem.

Człowiek ma czkawkę.

I jest mu niedobrze…

I wie już, że w zasadzie cały wieczór spędzi w męczarniach, siląc się na ignorancję wobec talerza z resztkami i czekającej w związku z nim Wielkiej Wędrówki W Dół. 

Są chwile gdy kuchnia jawi się odległym, obcym światem, w dodatku tak niemiłym poprzez te nachalne, mordercze, przyprawiające o natychmiastowy skręt kiszek skojarzenia z jedzeniem!

I ta nabrzmiewająca szarym granatem burza za oknem, zupełnie jakby nie dość było własnej trzystuprocentowej grawitacji w odpiętych spodenkach, z których tylko patrzeć jak zacznie kiełkować zboże pochłonięte w trakcie ekstatycznych bachanaliów kolacji.

Z lekką nutką masochizmu wyglądam jednym z moich dachowych okienek. Boję się czarnych łapsk pełznących po niebie tuż nade mną w towarzystwie ostrzegawczych póki co pomruków i błysków. Boję się burzy, a jednocześnie co chwila wstaję by się napatrzeć. Wiedząc, że jestem w najwyższym punkcie domu, a nad sobą mam tylko drewniany sufit, chcę się wystraszyć jeszcze bardziej.

Odgłos gradu uderzającego o szyby i dach…. jakby ktoś chciał przysypać mnie żwirem bo wie, że nie ruszę się teraz, mowy nie ma, niech mnie zasypią całkiem, zaleją, zamurują i tak nic z tego, nie wyjdę przecież, nie ma szans. Pokonał mnie upał i niechęć do gotowania w takich warunkach. Długo się opierałam, walczyłam… ale dziś, gdy słaniając się po półgodzinnej jeździe bezklimatyzowaną koleją podmiejską przekroczyłam próg spożywczaka, wiedziałam jedno. Żadnych zupek, kasz i gotowanych warzyw. Chujowa Pani Domu objęła swe rządy.

Moja mama powiedziała mi wczoraj, że źle o sobie myśli. Zapytana co to znaczy „źle” odpowiedziała: „że jestem złym człowiekiem.”

Nie umiem reagować mądrze kiedy mi się zwierza. Zbyt wiele we mnie buntu, robię się rozkazująca, opieprzam. Jak to, przecież nikt tak nie mówi, nie wolno tak myśleć o sobie! Takie postrzeganie powoduje frustracje, które trafiają potem w nas- a to niszczy!

Być może powinnam spokojnie powiedzieć, że to nieprawda. Nie ma złych ludzi, tak samo jak nikt nie jest stuprocentowo dobry. Pomyślałam jednak wtedy o swoim strachu przed krzykiem i agresją, o tym że potrafi mnie sparaliżować na tyle, że przestaję się bronić, nie jestem w stanie. O dniach, gdy leżałam na łóżku a łzy bezsilnie spływały mi po policzkach:  „niech to już odpuści…”. Nie odpuszczało.

Także o tym, że w moim domu Rodzinnym w przedpokoju wisi lustro. Spoglądam w nie czasem ze strachem, nerwowo poprawiając grzywkę. Obawy zawsze się sprawdzają. Patrzy na mnie z niego niskopienny kadłubek na chwiejnych pająkowatych nóżkach. W lustrze mojej mamy zawsze jestem o jakieś 10 kilo cięższa.

Nie umiem pomóc ani sobie ani jej, a ona jest drobna, bezradna i samotna. Mogę się tylko nawpieprzać kanapek popłakując przy odgłosach burzy. Mogę obciąć włosy na krótko i przez jakiś czas nawet być wojowniczą księżniczką, ale zawsze, nieuchronnie nadchodzi ten moment, gdy księżniczka zamienia się w żabę.

Albo tak jak ja dzisiaj: w nafaszerowanego suchą karmą tucznika.

 

* Dalibóg! Biję się w piersi, ale przysięgam, że ze świecą szukać tam mięsa!

Szczęśliwa Sukienka.

Agnieszka Chylińska powiedziała dawno temu w jednym z wywiadów, że nie potrafi tworzyć, kiedy jest szczęśliwa. Brzmiało to wszystko oczywiście bardziej dosadnie, ale ogólnie mówiąc: je wtedy czekoladę i cieszy się każdym dniem. Wywiad dotyczył wydanej wówczas płyty „Winna”, która … Czytaj dalej

Ukryte pragnienia wg. mojej mamy.

   Bożesz ty mój!

Jak ja bym chciała już przestać być marudną i wiecznie narzekającą starą panną z przerostem ambicji i poczucia wartości, a niedoborem wapnia, potasu i faceta na kilometr!

No, ale nie da się. Mówię Wam, po prostu się nie da.

Mama: Bo my z [moim bratem] to nieraz tak rozmawiamy, może jeszcze ci się w życiu coś uda, może ci się ktoś trafi…

Ja: Mamo, no coś ty, nie jest tak źle.

Mama: Jak to nie jest tak źle? Sama jesteś, pieniędzy nie masz…

Ja: Inni mają jeszcze gorzej…

Mama: Gorzej niż ty? To niemożliwe!

Zadziwiający jest tok myślenia mojej rodzicielki. Mimo mojego „podeszłego” już wieku,  wielokrotnie przeze mnie deklarowane stanowisko co do zamążpójścia i zakładania rodziny, wyraźną niechęć posiadania potomstwa (spotęgowaną brakiem stosownego współodpowiedzialnego) oraz to, że do facetów (również moich) podchodziłam od zawsze nie do końca serio, to wszystko ona bierze za jakieś „wymysły”, które (wciąż w to jak widać wierzy) mają mi przejść wraz z nastaniem Tego Jedynego.

Gadanie gadaniem, ona sobie tego nawet słucha i nawet kiwa głową ze zrozumieniem, ale i tak jest święcie przekonana, że zamiast nowego roweru, czasu by móc za jednym przysiadem obejrzeć cały sezon „Gry o tron” i podróży dookoła świata naprawdę marzy mi się piętrowy segment pod Warszawą, hjundaj w garażu, pierdzący pod kołdrą małżonek i obsmarkany bachor.
To przecież takie oczywiste… choćbym nie wiem na ile sposobów kwestionowała ramy, w jakie inni próbują mnie wbić- mowy nie ma! Oni wiedzą co dla mnie najlepsze. I jak mnie uszczęśliwić, bo przecież to co mam, to czysta udręka.

Dodałabym jeszcze kilka słów o sytuacji w pracy i koleżeńskim bezinteresownym "cichym podpierdalaniu" jako spontanicznie się rozwijającej akcji społecznej, ale padlibyście z nudów przy tak długim poście.
Innym razem.

Pogoda wcale nie zła, nawet jeśli pada. Lubię nosić cienką "parkę" w kolorze szarym i tegoż koloru trampeczki. Fotki nie będzie, musicie wierzyć na słowo.

Niezbyt zgrabna kombinacja.

     Idąc w kierunku stacji, stawiam ostrożne, lekko chwiejne kroki. Słoneczna i bezwietrzna pogoda zachęciła mnie do tej odrobiny uprzedmiotowienia i poddańczości, jaką są buty na wysokim obcasie. W zasadzie na koturnie, ale nowe, nieprzywykłe do moich stworzonych do noszenia trampek stóp i sposobu chodzenia wiecznie roztargnionej małolaty.

Dobrze, że wyszłam wcześniej, mam jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu. Ręce dla równowagi wciskam w kieszenie odebranego wczoraj z pralni prochowca. Tak już ciepło i zielono robi się wokół… może to i lepiej, że idę tak wolno, popatrzę sobie na to budzące się wokół bezczelnie za każdym razem ogólnie pojęte „życie”… przegapiam to zazwyczaj z nonszalancką miną Zbyt Zajętego Ignoranta, dając przyrodzie do zrozumienia, że są istotniejsze sprawy. Nie dziś… dziś jest jeden z tych dni, kiedy najchętniej stanęłabym sobie pod jednym z tych biało ukwieconych drzewek i po prostu zapomniała. O pociągu, drodze, pracy i krokietach z mięsem, które nawet się udały. 

O grillu u koleżanki w sobotę i niedzielnym obiedzie u mamy, na którym spróbuję podleczyć kaca kompotem z mrożonych truskawek. O konieczności wysłania PIT-u i oddania książek do biblioteki. O zmianach w systemie, korektach i skanowaniu dokumentów. O szkoleniach i programie badań przesiewowych, który miał mojej firmie zagwarantować krocie, a mnie ciągłość zatrudnienia, a który najprawdopodobniej się nie odbędzie. O namawianu lekarzy by nie bali się komputerów i walce z wszechobecną biurokracją. O tym, że może stracę dach nad głową. O nowej, potencjalnej pracy, która nigdy, przenigdy już nie będzie niewdzięczną pańszczyzną odrabianą w służbie zdrowiu…

O rowerze i rolkach, które mam w planach. O bakłażanie, który czeka na mnie w lodówce i o wieczornych rozmowach przez telefon. O wiecznej, nieustającej chęci zmieniania miejsca pobytu z jednoczesnym pragnieniem zapuszczenia korzeni. O marzeniach, że kiedyś jeszcze nauczę się jeździć konno i zwiedzać świat i o zastygłym betonie, który ktoś kiedyś nie wiedzieć czemu wylał mi na nogi…

O samotności, która jest azylem i więzieniem.

O mamie, która ma żal, ojczymie z pretensjami i świętach, przed nadejściem których ostatnio bardzo boli mnie żołądek. O babci, której już nie ma…

O zakochaniu, które nie jest zakochaniem, susbstytutach zazdrości i związku bez związku. I o Wielkim Nieobecnym. O tobie też. Przepraszam.

Czasem to są tylko momenty, czasem trwa to cały dzień. Myślę sobie: „to ta chwila” i znikam. Nie ma mnie dla rzeczy i spraw, które mnie męczą. Dla ludzi, których tak naprawdę nigdy nie ma kiedy są potrzebni i dla tych, którzy mnie po prostu denerwują. Dla głupoty, agresji i arogancji niektórych. Nie ma mnie dla nikogo i niczego, uciekam nawet od rzeczy, które mnie cieszą. Od tych, na które czekam i lubię gdy nadchodzą. 

Przecież nie mam złego życia. Są nawet chwile, kiedy to zauważam i potrafię docenić. Nie sposób się jednak oprzeć pokusie alienacji wewnętrznej nawet od książek, czekolady i głośnego śmiechu. Taki słodki niebyt, dystans, z którego mogłabym sobie spokojnie obserwować te wszystkie uciechy życia doczesnego bez żalu, bez poczucia straty, że oto zupełnie już mnie nie dotyczą…

      Pociąg wjechał na stację i oczekujący podnieśli się z ociąganiem z nagrzanych wiosennym słońcem ławek. Wśród nich sztucznie podwyższona o jakieś dziesięć centymetrów, niezbyt zgrabna kombinacja chwiejnego szczęścia z niespełnieniem, w płaszczu podszytym strachem, że już nic więcej nowego się nie zdarzy.